Emocje w hali Częstochowa

Cześć!

Długi weekend powoli dobiega końca, a ja bardzo się cieszę, że była piękna pogoda. Szczególnie podczas piątkowego meczu Ligi Światowej w Częstochowie, na który czekałam już od paru tygodni. Wyjazd był rewelacyjny, a w dodatku w dobrym towarzystwie. Na pewno, z uśmiechem na twarzy, będę wspominała to, jak ochrypłam, dopingując Polaków. Nie chcę nawet się zastanawiać, jak będę mówić po wyjeździe do Krakowa, który również zbliża się wielkimi krokami!



Droga do Częstochowy upłynęła nam dosyć spokojnie, ale już w mieście sprawy się trochę skomplikowały, bo zabłądziliśmy. Hala gdzieś nam się schowała, a telefon z GPS-em rozładował, więc zmuszeni byliśmy pytać ludzi o drogę. Dodatkowo udało mi się uruchomić sprzęt, a ten bezpiecznie doprowadził nas do celu. Niemniej jednak, dojechaliśmy kilka minut przed rozpoczęciem meczu. Na tym obiekcie byłam po raz pierwszy, więc zanim udało mi się dojść do właściwego sektora, grano już irański hymn. Żeby było ciekawiej, z miejscem, które miałam zająć, był jakiś kłopot i musiałam usiąść sobie tam, gdzie było wolne. Niemniej postanowiłam odłożyć to na później, żeby ze wszystkimi zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego. Polski hymn już od pierwszej Ligi Światowej wywiera na mnie takie wrażenie, że tradycyjnie płakałam. To jest naprawdę coś pięknego!







Zabawa podczas meczu była przednia, chociaż atmosfera nie była taka sama, jak w katowickim Spodku. Ta hala ma w sobie jakąś magię, że ludzie chętnie do niej przyjeżdżają. Ja osobiście mam do niej sentyment, bo to tam byłam po raz pierwszy na meczu reprezentacji. W Częstochowie również było genialnie. Polacy grali jak natchnieni, a ja od kibicowania najzwyczajniej na świecie straciłam głos. Warto wspomnieć też o duecie spikerów, którzy zawsze potrafią idealnie zabawić publiczność. Nie mogę odmówić im także dobrego gustu muzycznego, bo nie zabrakło "Kołysanki dla nieznajomej" i w ogóle samego Perfectu. Tradycyjnie przeszła też fala, a siatkarze otrzymali pozytywną energię prosto z trybun.










Osobiście bardzo się cieszę, że zostały rozegrane cztery sety. Gdyby Polacy uporali się z rywalami w trzech partiach, zabawa za szybko by się skończyła, a tak kibice mogli o trzydzieści minut dłużej dopingować ulubioną drużynę i, podobnie jak ja, zedrzeć gardło. Nie mogę doczekać się meczu w Krakowie. Tam będą zdecydowanie większe emocje. Póki co, życzę dobrej nocy i do napisania!

Udostępnij ten post

4 komentarze :

  1. zawsze chciałam pojechać na mecz siatkówki nie wiem czemu tego nie zrobiłam , strasznie żałuję bo chciałabym przeżyć i zobaczyć te emocje ;) http://creamshine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to nic straconego. Jeśli nie teraz, to pewnie nadarzy się taka okazja. Siatkówka to taka dyscyplina, gdzie bardzo często można na halach spotkać ludzi z kilkumiesięcznymi maleństwami. Dodam, że w przeciwieństwie do piłki nożnej na meczach siatkarskich jest naprawdę bezpiecznie, a kibice dobrze się bawią. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Super, że wyjazd się udał i co najważniejsze - wygraliśmy! Mecze siatkówki mają w sobie "to coś" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że mają! Niemniej jednak brakowało tej atmosfery ze Spodka. Tam to dopiero jest miazga! :)

      Usuń

* Drogi czytelniku, dziękuję za komentarz!
* Jeśli blog przypadł Ci do gustu, zachęcam do obserwacji!
* W wolnym czasie staram się odwiedzać Wasze blogi!
* Komentarze, które są obraźliwe w stosunku do autorki i czytelników nie będą przeze mnie zatwierdzane!